Brytyjczycy są dumni z Royal Navy


“Ochrona naszych interesów narodowych” - to hasło widnieje na stronie internetowej brytyjskiej Royal Navy. Podczas mojej wizyty w bazie w Culdrose było to widać, słychać i czuć. Zresztą sami Brytyjczycy wierzą, że są dobrze chronieni, również dzięki posiadaniu licznej floty śmigłowcowej, choćby AW101, który w ich wersji nazywa się Merlin.

Dostać się do bazy Royal Navy w Culdrose, podobno największej bazy śmigłowcowej w Europie, nie jest łatwo. To kawał drogi od Londynu - ok. 490 km (ach te brytyjskie mile do przeliczania). Na marginesie, baza w Culdrose jest położona w pięknym zakątku Anglii. - W tej części Anglii jest pięknie, spokojnie, da się żyć z dala od gwaru, smogu, no i ceny niższe - opowiadał kierowca wiozący nas z lotniska Heathrow do Yeovil, gdzie mieliśmy zwiedzić należący do Leonardo Helicopters zakład produkujący AW101. Wrażenia widokowe były bezcenne, zwłaszcza podczas dwóch godzinnych Merlinem.

Jak dodawał nasz szofer, dzięki przeprowadzce ze stolicy Imperium Brytyjskiego i ucieczce od smogu i innych zagrożeń, jego syn wrócił do zdrowia, więc nie żałuje tej decyzji. Po drodze w nocy mijaliśmy słynne Stonehenge. - Wiecie, że tu można brać ślub - mówił z uśmieszkiem nasz przewodnik. Zgodnie zatem stwierdziliśmy, że musimy tu się zatrzymać w drodze powrotnej na zwiedzanie. Czym się to skończyło, o tym potem.

Wraz z ekipą po drodze do Culdrose zatrzymaliśmy się w Yeovil w fabryce Leonardo Helicopters w której, m.in., produkuje się śmigłowce wielozadaniowe AW101.

Panowie Simon P. Jones i Sean McElliott z Leonardo Helicopters zarzucili nas faktami, danymi technicznymi i innymi szczegółami dotyczącymi ich flagowego modelu. - Jeśli Polska kupi nasze śmigłowce, na pewno nie będzie żałować - można było usłyszeć. Zresztą także w PZL Świdnik wygrana w przetargu na dostawę dla polskiej armii tego modelu byłaby świetną wiadomością, co podkreślano w brytyjskiej fabryce. A propos Polaków: to aż dziwne, że nie spotkaliśmy w Yeovil i Culdrose żadnego rodaka.

Nasi gospodarze zwracali uwagę, że ich śmigłowiec ma trzy silniki (do wyboru Rolls Royce lub GE), oczywiście Anglicy wybierają ten pierwszy - a jakże, o mocy 1500 kW każdy (ok. 2040 KM), największą kabinę w tej klasie śmigłowców, użyteczną rampę do załadunku ludzi, uzbrojenia etc. Kabina faktycznie jest wielka, nawet mężczyźni o wzroście 185 cm nie muszą schylać głowy, by się swobodnie po niej poruszać. Last but not least: system przekładni głównej może działać aż przez 30 minut bez oleju.

Co ciekawe, AW101 powstał w 2009 r. przy okazji przetargu na nowy śmigłowiec dla prezydenta USA. Chociaż maszyny zostały zbudowane zgodnie z ciągle zmieniającymi się wymaganiami US Air Force i rządu Stanów Zjednoczonych, ostatecznie kontrakt został zerwany. Brytyjczycy nie przyznali tego wprost, ale prawdopodobnym powodem jego zerwania były naciski na ramię, aby kupić nowe śmigłowce od amerykańskiego producenta. Jak widać, każdy ma swoje “działamy w ochronie interesu narodowego”. Zresztą Amerykanie będą nacjonalistami w tej dziedzinie, zwłaszcza teraz, za prezydentury Donalda Trumpa będzie to nad wyraz widoczne. W wypowiedzi panów z Leonardo Helicopters w fabryce w Yeovil słychać było żal, choć przecież czas leczy rany, a “przyjaźń brytyjsko-amerykańska” jest wieczna. To taka wersja naszego “na dobre i na złe”. Oczywiście śmigłowce zbudowane dla USA się nie zmarnowały, a maszyny zostały sprzedane Kanadzie.

W Leonardo Helicopters podkreślają, że wciąż pracują nad unowocześnianiem stojedynki. Zresztą każdy kolejny model ich stojedynki ma swój znak firmowy: były Mk2, są Mk3 oraz najnowsza modyfikacja to Mk4. Każda modyfikacja to poprawa wielu ważnych wskaźników. “Taki bezpieczny skok do przodu” - podkreślano w Yeovil. Nota bene klienci zamówili już 220 sztuk tego śmigłowca, z czego 190 już służy w wielu miejscach globu.

Lot z lotniska przy fabryce w Yeovil do bazy Royal Navy w Culdrose trwał niecałe 60 minut. Dzień wcześniej przeszliśmy małe szkolenie a także podpisaliśmy papiery “w razie czego”. Pogoda na lot była taka sobie. - Przepraszam za angielską pogodę - przywitał mnie komandor John Cunningham, przedstawiciel rządu brytyjskiego. - Nie ma za co. U nas w Polsce w tym roku też jest angielska pogoda, więc “no problem”.

John wraz z Adamem Thomasem (oficer prasowy z ministerstwa) opiekowali się nami jak należy. Po obfitym we wrażenia dniu, opowiadaliśmy sobie z Adamem o Walii jak to Walijczyk z Walijczykiem. Mój rozmówca wyraźnie ożywił się w momencie, w którym okazało się, że jestem wielkim fanem grupy rockowej Budgie. Adam nie mógł uwierzyć, że Budgie jest znaną kapelą także w Polsce. Patrz pan, Polacy nie wypadli sroce spod ogona... a John z ulgą odetchnął wcześniej, gdy przedstawiając się powiedziałem polskie “Tom”. - Wreszcie jakieś imię do wymówienia dla mnie - stwierdził z uśmiechem. Na marginesie Adam i John są częstymi gośćmi w naszym kraju, choć na szybką lekcję polskiego nie dali się tego popołudnia namówić.

O zaletach AW101, jeszcze przed wylotem do bazy w Culdrose, opowiadał mi komandor Matthew Punch z 845 Naval Air Squadron z bazy w Yeovilton. - To bardzo wygodny w lataniu śmigłowiec dla pilotów, załogi, żołnierzy - ocenił. Oczywiście to nie wszystkie zalety Merlina. Zapytałem, czy sprawdza się w misjach zagranicznych? - Zdaje egzamin, choćby w Iraku, Afganistanie czy Somalii, także w krajach Europy podczas typowych zadań morskich - dodał. Komandor Matthew Punch potwierdził, że Merlin pełni wiele ról, o których zapewniają producenci maszyny. Chciałoby się powiedzieć, że nie ma dla niego misji niemożliwych. Zresztą sam James Bond, agent Jej Królewskiej Mości, mógłby to z całą mocą potwierdzić.

Komandor Matthew Punch przypominał, że podczas trudnych misji właśnie w Iraku i Afganistanie, śmigłowiec zdawał egzamin wiele razy. Zresztą potwierdzeniem tego faktu jest długa współpraca Royal Navy z włosko-brytyjską (także z udziałem polskiej fabryki w Świdniku) firmą a także zapowiedziami, które usłyszeliśmy w rozmowach w bazie w Culdrose, że to nie koniec współpracy. Plany są dalekosiężne. Wersja Mk4 to przykład modyfikacji na miarę najbliższych lat. Producenci podkreślają za każdym razem, że stojedynka jest śmigłowcem przyszłości. Nie jestem ekspertem wojskowym, musiałem uwierzyć im na słowo.

To był mój drugi lot AW101 w ogóle, pierwszy raz miałem okazję polecieć z dwudziestominutową “wycieczką” nad Warszawą. Teraz zapewniałem ekipę z Polski, że stojedynką leci się prawie tak samo jak samolotem pasażerskim. Wprawdzie to “prawie” robi różnicę, ale rzeczywiście brytyjski Merlin daje dobry komfort lotu dzięki m.in. redukcji drgań. Zresztą kilku pasażerów “nie na gapę” zdrzemnęło się w podróży. Potwierdziło to zapewnienia producenta o wysokim komforcie lotu. Na wszelki wypadek, oprócz hełmofonów z nausznikami, wzięliśmy kolorowe jak cukierki zatyczki do uszu.

Baza Culdrose jest dumą Brytyjczyków, co da się wyczuć na każdym kroku. Każda czynność została zaplanowana przez gospodarzy z dokładnością kilku minut. Szczerze powiem, że czułem się jak na dobrze dowodzonym poligonie. Zabrakło tylko tego, by pozwolono mi pilotować prawdziwego Merlina. Na marginesie, nie zauważyłem przy okazji wizyty w Culdrose jakiegoś otyłego żołnierza, wszyscy wysportowani, wyposażeni w gadżety do pomiarów...

Jedną z “gwiazd” pobytu w bazie Royal Navy była pani komandor Kay Burbrige z 829 Naval Air Squadron. Poza obowiązkami w pracy o których mówiła dość dużo i z dumą, co oczywiste, pani Kay lubi zajmować się swoim domem, także malowaniem obrazów. W Polsce nie była, za to odwiedziła wiele miejsc na Bliskim Wschodzie. - Nasze misje to przeważnie ochrona oddziałów bojowych, również ścisła współpraca z partnerami z NATO - powiedziała mi. Poza misjami wojskowymi Kay lubi Francję. - Tam bywam dość często - dodała komandor Burbridge. Komandor Kay, czas na poznanie Polski. Zapraszamy.

Baza w Culdrose, w której pracuje i służy kilka tysięcy osób, to także ośrodek treningowy dla pilotów, czy obsługi naziemnej. Właśnie ekipa z obsługi naziemnej dała pokaz szybkiego montażu torpedy do Merlina, który trwał mniej niż trzy minuty.

By the way. Przy okazji wizyty w bazie miałem okazję poczuć szkolenie w symulatorze lotu, dość kosztownym, jak mi powiedziano. Komandor Armstrong pokazał mi, jak działa to cacko. Próbowaliśmy zatem wylądować śmigłowcem w różnych warunkach pogodowych na lotniskowcu klasy Queen Elizabeth. Była mgła, zbliżał się zmierzch i duża fala. Prawie się udało, ale nasz czas przy symulatorze się skończył, więc zostawiliśmy lądowanie prawdziwym pilotom.

Kiedyś można by było zaśpiewać, że ta zabawka (marynarka wojenna) nie jest dla dziewczynek. Przykład pani Kay Burbridge jest wymowny. Zatem to już stara śpiewka. Jak potwierdziła mi Kay, nie ma tu dla płci pięknej żadnej taryfy ulgowej. Trzeba kochać to, co się robi. Inaczej nic z tego. I zachęcała panie do służby w Marynarce Wojennej.

Spotkaliśmy w Culdrose jeszcze jedną panią. Emma Relton, szefowa od PR bazy w Culdrose, okazała się bardzo pomocna podczas naszej wizytacji Royal Navy. Podczas rozmowy przy kawie, oczywiście pitej w żołnierskim tempie, ciągle pytała, czy wszystko jest ok?

Ponieważ nasz czas wizyty mijał, musieliśmy się rozstać z “naszymi” komandorami. Słynnych “hi”, “see You soon” i “have a safe trip” nie było końca. Lot powrotny naszym Merlinem był tylko kołysanką do snu. Zabrakło tylko popołudniowej herbatki lub kawy na pokładzie, ponoć wersja z ekspresem do kawy na pokładzie maszyny też jest możliwa. Na deser zostało nam słynne Stonehenge, które zobaczyliśmy z okien samochodu. W końcu nie po to tłukliśmy się z Polski, by podziwiać jakieś głazy. Bye, bye, historio. Liczy się przyszłość. Także naszej armii.

Polski MON chce kupić śmigłowce wielozadaniowe: część do prowadzenia akcji poszukiwawczo-ratowniczych w warunkach bojowych, a część maszyn w wersji morskiej do wykrywania i zwalczania okrętów podwodnych z możliwością prowadzenia akcji ratowniczych. Mówi się o ośmiu maszynach dla Marynarki Wojennej i ośmiu dla Wojsk Specjalnych. Wersja zakupu po cztery sztuki też jest ponoć brana pod uwagę. Jak jest naprawdę, nie do końca wiadomo. Wiadomo, tajemnica wojskowa.

Do oferty przystąpiły trzy firmy: Leonardo Helicopters (wraz z PZL Świdnik) oferujący śmigłowiec AW101, Airbus Helicopters ze śmigłowcem H225 Caracal i Sikorsky Aircraft (wraz z PZL Mielec) ze śmigłowcem S-70i Black Hawk.

Nie wiadomo, kiedy nastąpi rozstrzygnięcie przetargu. Niektórzy eksperci wojskowi biją na alarm, że należy natychmiast wymienić wiele wysłużonych śmigłowców. W najgorszym stanie jest sprzęt należący do Marynarki Wojennej.

- Współczesne pole walki bez śmigłowców praktycznie nie istnieje. Nauczyliśmy się tego podczas ostatnich konfliktów i misji, które przeprowadziliśmy - tłumaczył w rozmowie z TVN24 były dyrektor Departamentu Prasowo-Informacyjnego MON kmdr Janusz Walczak. Ta wypowiedź kłóci się ze słowami wiceszefa MON Bartosza Kownackiego, który jeszcze niedawno mówił, że z punktu widzenia operacyjnego śmigłowce mają dla polskich sił zbrojnych "dziesięciorzędne znaczenie". - Są wiele ważniejsze kwestie - dodawał wiceminister Kownacki.

Wiadomo, że trwa rozpatrywanie dokumentacji przetargowej od trzech oferentów na śmigłowce wielozadaniowe. Kiedy możemy spodziewać się rozstrzygnięć? - Dokumentacja jest bardzo obszerna - przypominał Kownacki. Zasugerował tymi słowami, że rozpatrywanie ofert może potrwać bardzo długo.

Poza tym resort obrony przyznał niedawno, że poza oficjalnym przetargiem na zakup helikopterów dla wojsk specjalnych i marynarki wojennej, nie toczą się żadne negocjacje w sprawie dostarczenia armii śmigłowców w trybie pilnym.

W tym kontekście wciąż wybrzmiewa sprawa zerwania przez polski MON negocjacji ws. Caracali. Wiceminister ON Michał Dworczyk tłumaczył w maju, że powodem zaprzestania negocjacji z Francuzami była niedostateczna oferta offsetowa. Dodał, że cena była "niesatysfakcjonująca w porównaniu z cenami francuskich maszyn, które były sprzedawane do innych krajów". Szef resortu obrony Antoni Macierewicz zapewniał na wiosnę, że Polska kupi śmigłowce taniej i lepiej spełniające wymagania, ale zaznaczył, że są ważniejsze potrzeby zakupowe, choćby te wynikające z zagrożenia rakietowego ze strony rosyjskiej czy ataków hybrydowych.

Podpisane przy okazji lipcowej wizyty w Warszawie prezydenta USA Donalda Trumpa memorandum informujące, że rząd USA wyraża zgodę na sprzedanie Polsce baterii rakiet Patriot w najnowocześniejszej konfiguracji (jakiej używają wojska USA), potwierdza słowa Macierewicza o reorientacji w kwestii priorytetów zakupowych dla polskiej armii.


Załączniki

- brak opisu