Prezydent Jacek Majchrowski o chorowaniu na Covid-19. "Zastanawiałem się, czy wrócę jeszcze do domu"


W grudniu prezydent Krakowa Jacek Majchrowski zachorował na Covid-19 i na ponad tydzień trafił do szpitala. Teraz w wywiadzie opowiada nam, jak przebył chorobę. Nie ukrywa, że zastanawiał się, czy wróci jeszcze do domu. Prezydent mówi nam także, że jest już zapisany na szczepienie przeciwko Covid-19, a gdyby miał propozycję zaszczepienia się poza kolejką, to nie skorzystałby. To pierwsza część naszego wywiadu z prezydentem Jackiem Majchrowskim. W drugiej, która na naszych stronach pojawi się w sobotę, prezydent opowie m.in. o tym, czy Kraków może stracić organizację Igrzysk Europejskich na rzecz Śląska.

FLESZ - Stanowcze „nie” zmianom w przepisach Jak pańskie zdrowie panie prezydencie po przechorowaniu Covid-19? Odpukać, dobrze. W grudniu spędził pan ponad tydzień w szpitalu. Jak pan przeszedł chorobę? Najpierw kilka razy się testowałem, bo część moich współpracowników miała koronawirusa. Byłem z tego powodu na kwarantannie, ale choroba mnie omijała. Za szóstym razem test pokazał wynik pozytywny. Pojechałem do szpitala Żeromskiego na rentgen płuc. Po badaniu, które nie pokazało niczego niepokojącego, jeszcze w drodze powrotnej, dostałem telefon, że mam jednak wracać do szpitala. Dostałem pytanie, czy wolę leżeć w Żeromskim, czy w Uniwersyteckim. Wybrałem ten drugi, ze względu na to, że był jako jednoimienny dedykowany do leczenia Covidu. Tam leżałem przez dziewięć dni, a potem jeszcze miałem dwa tygodnie zwolnienia lekarskiego. Jakie miał pan objawy? Bardzo wysoką temperaturę, prawie pod 40 stopni, i olbrzymie osłabienie. Człowiek nie wyobraża sobie, że można być tak osłabionym. Dopiero po szpitalu, z dnia na dzień, było lepiej i siły powoli wracały. Czy był taki moment, że bał się pan o swoje zdrowie, życie? Jak człowiek leży odizolowany w szpitalu, ma kontakt tylko z lekarzami i pielęgniarkami, wszystkimi ubranymi w kombinezony, tak że nie wiadomo, czy z daną osobą już się widziałem, to trudno nie mieć takich refleksji i nie zastanawiać się, czy wrócę jeszcze do domu, czy nie. A żona? Bała się o pana? Żona też miała Covid, ale o wiele łagodniej, przebywała w domu. Czy się martwiła o mnie? Pewnie się martwiła. Syn do szpitala przywoził mi różne rzeczy, które zostawiał na portierni, ja z nikim poza personelem medycznym nie miałem kontaktu. Zapisał się już pan na szczepienie przeciwko Covid-19? Na razie mam przeciwciała, lekarze mówią, że jest dobrze. Od 25 stycznia moja grupa wiekowa ma już prawo się rejestrować i tak zrobiłem. Mam termin szczepienia na przyszły tydzień. Gdyby doszło do sytuacji, że dzwoni dyrektor Jerzy Friediger (dyr. szpitala Żeromskiego - red.) i mówi: panie prezydencie, jest szczepionka, zapraszam na szczepienie. Jedzie pan? Nie. Nauczony doświadczeniami, w tym medialnymi, absolutnie nie. Niektórzy ulegają pokusie, jak radna Bogumiła Drabik. Zawsze uważałem, że jeśli obowiązuję jakieś reguły, to należy się ich trzymać. Czy po chorobie zmieniło się coś w pańskim podejściu do życia, ale też i do zarządzania miastem? Pandemia odciska piętno na nas wszystkich, na jednych mniej, na innych bardziej. Coś u pana się zmieniło? Tyle że miałem więcej czasu, bo siedziałem na zwolnieniu lekarskim dwa tygodnie. Z nudów pisałem. Książka? Tak. Do wydania po prezydenturze? A to jeszcze nie ta (śmiech). Teraz piszę książkę historyczną. O jakim okresie? Bezpośrednio po I wojnie światowej. Hobbystycznie zajmuje się falerystyką. Piszę o odznakach, historii odznak nadawanych w tym okresie. Sporo tego było w czasie walk o Lwów, o Śląsk Cieszyński, powstań Śląskich i Wielkopolskiego. Wracając do pandemii, to ta na pewno zmienia Kraków. Jak w pańskich oczach zmieniło się miasto po blisko roku z koronawirusem? Pandemia zmienia wszystko, gospodarkę miasta, gospodarkę mieszkańców, ale zmienia też psychicznie ludzi. To zupełnie inny sposób patrzenia i funkcjonowania. Myślę, że jeszcze nie bardzo zdajemy sobie sprawę ze skutków pandemii i z tego, że dojdzie do dużego przewartościowania. Nie zdajemy sobie sprawy jeszcze z wszystkich konsekwencji gospodarczych. Wiele biznesów upadnie, część się pozmienia i będzie funkcjonować inaczej. W walce z gospodarczymi skutkami pandemii chce pan dodatkowej pomocy od rządu, specjalnego funduszu, jak dla gmin górskich. Ale właściwie każdy region mógłby prosić o coś takiego. Wielu jest poszkodowanych. Pomoc rządu jest dla gmin górskich i nadmorskich, które żyją z turystyki. Kraków jest w trochę innej sytuacji, bo turystyka jest bardzo ważną dziedziną, ale nie jedyną. Za to u nas sezon turystyczny normalnie trwa cały rok, a w tamtych gminach sezonowo. U nas brak turystów to nie tylko problem hoteli czy lokali gastronomicznej, ale też instytucji kultury – muzea, teatry i filharmonia nie pracują. Pisałem więc do premiera o pomoc dla branż i przedsiębiorców, którzy w związku z pandemią upadają w Krakowie. Nie chodzi o pomoc dla miasta, tylko dla tych konkretnych poszkodowanych podmiotów. Jak w szczególe miałaby ta pomoc wyglądać? Wyrównanie 70-80 proc. dochodów z czasów sprzed pandemii? Nie wiem. My jako miasto od końca marca do grudnia 2020 przekazaliśmy krakowskim przedsiębiorcom, artystom, instytucjom kultury, klubom sportowym i NGO-som wsparcie o łącznej wartości ok. 56,7 mln zł. To jest nie wystarczające, ale coś jest i dobrze by było, żeby dołożyło się jeszcze do tego państwo. Kraków nastawił się zbytnio na turystykę zagraniczną? W centrum miasta, bez turystów, nie ma teraz życia. Wrócimy do tego, co przed pandemią, czy trzeba będzie przemodelować strukturę turystyki Krakowa? Mamy ok. 75 proc. spadek turystów zagranicznych. Co to znaczy przemodelować? Turysta zagraniczny, który nie wpłaci określonej kwoty, ma nie mieć wstępu do Krakowa? Tak nie zrobimy. Prowadzimy różne kampanie i programy skierowane na takiego turystę, który przyjedzie do Krakowa i zostanie tu 2-3 dni przynajmniej. To np. turystyka medyczna, bo ta powinna ruszyć jako pierwsza, skoro lekarze i pracownicy służby zdrowia są szczepieni, wiec są bardziej bezpieczni. Do tego kongresy biznesowe, turystyka nastawiona na ofertę kulturalną. Z tego nie możemy rezygnować. Może warto rozważyć dekoncentrację ruchu turystycznego w mieście. Widzimy puste centrum, ale reszta miasta jest pełna życia. Choć jak radny Łukasz Wantuch chciał przyciągnąć ruch turystyczny poprzez pomnik Dartha Vadera w Nowej Hucie, to nowohucianie podziękowali i kazali zostawić Hutę w spokoju. Mamy kampanię "Kraków nieodkryty", które kieruje turystów i mieszkańców po ścieżkach, na których nie ma Wawelu, Sukiennic i kościoła Mariackiego. Mamy inne ciekawe obiekty w mieście, np. forty. Chcemy zrobić trasę turystyczną po fortach. To się łączy z przygotowaniem komunikacji do tych miejsc. Mamy też program dedykowany zwiedzaniu Nowej Huty. Ale czy to się w ogóle przebija w jakąś szerszą świadomość? Trasy i miejsca mniej znane zawsze będą dla koneserów i nie będą masowe, co trzeba jasno powiedzieć. Jeśli ktoś się interesuje fortami, to pójdzie trasą po fortach. Ale przeciętny turysta, polski czy zagraniczny, zaczyna od Sukiennic i kościoła Mariackiego. Co byśmy innego nie zaproponowali, to są jednak symbole miasta. Tak samo jest na Zachodzie, gdzie zwiedzanie zaczyna się od głównych atrakcji. Dopiero za którymś razem schodzi się z głównych szlaków turystycznych. W związku z trwającymi obostrzeniami coraz więcej branż i pojedynczych firm buntuje się i otwiera na klientów. Takie przykłady mamy też w Krakowie – restauracje, siłownie, kluby fitness. Wolą zaryzykować, niż zamknąć biznes całkowicie. Jak pan to ocenia? Jednoznacznie nie można tego ocenić. Z jednej strony ludziom nie można się dziwić, praktycznie od roku nie pracują, ponoszą koszty, a nie mają dochodów. Z drugiej strony zrobiono to z myślą o tym, żeby pandemię powstrzymać. Ja osobiście uważam, że w walce z pandemią błąd popełniono na początku. Trzeba było zrobić jak Izrael – pełny lockdown na miesiąc, a potem powoli otwierać wszystko. Nie zrobiliśmy tak, tylko byliśmy zaskakiwani decyzjami dotyczącymi obostrzeń, nie zawsze do końca logicznymi. Taki "szarpany lockdown". W Krakowie możliwy jest bunt, jak Góralskie Veto? Chyba nie. Na Podhalu wiele rzeczy się nie przyjmuje, na czele z prawem budowlanym. U nas działamy w granicach prawa. Rozumiem tych, którzy otwierają się, powiedzmy pół legalnie, ale jako prawnik tego nie popieram. Trzeba było wprowadzić stan klęski żywiołowej. Ten daje podstawy do wypłacania odszkodowań, ale gdyby zamknięto wszystko na miesiąc, to wyszłoby to taniej, niż kolejne tarcze antykryzysowe. Dlatego teraz jest potrzebne dodatkowe wsparcie od rządu, żeby biznesy były zamknięte, ale mogły przetrwać? Tak. My, jako miasto, nie zrezygnowaliśmy z żadnych inwestycji, co niektórzy krytykowali. Dzięki temu nawet 80 proc. firm jest praktycznie na utrzymaniu miasta dzięki umowom na realizację prac. Nie plajtują, nie zwalniają pracowników, płacą podatki do miasta. To się samo nakręca.


Załączniki

- Prezydent Jacek Majchrowski w grudniu trafił do szpitala z powodu Covid-19. Miał wtedy obawy, czy wróci jeszcze do domu